Pomysły z oponami
5 lipca 2020

Pociągi na oponach, czyli szalony pomysł Michelin

By Redakcja

Już od początku pociąg jest związany z poruszaniem się maszyny napędzanej silnikiem po szynach, czyli metalowych elementach położonych w danym rozstawie w równej odległości od siebie, prostopadle. Dziś właśnie w ten sposób poruszają się i najwolniejsze drezyny, i najszybsze superpociagi z Japonii czy Chin (choć nie wszystkie). Jednak jeszcze sto lat temu istniał pomysł, by autobusy, jeździły na szynach, nie zdejmując opon.

Michelin i ich rewolucyjne pomysły

Skoro wielki przedsiębiorca z Francji, czyli Michelin, wyposażał już w opony różne urządzenia, w tym raczkujące samochody, w dwudziestoleciu międzywojennym powstał pomysł, by pociągi również otrzymały wsparcie na koła. Dlaczego? Przecież pomysł jeżdżenia po szynach, oczywiście wówczas z konnym napędem, to kwestia poruszana już w Asyrii na długo zanim Jezus Chrystus przyjął chrzest w Jordanie. Otóż wszystko dlatego, że niedoskonałe systemy amortyzacji pociągów z początku XX wieku nie oferowały, delikatnie rzecz ujmując, wygodnej jazdy. Opona miała to zmienić.

Prototyp i seryjna produkcja

Oczywiście wszystko zaczęto sprawdzać we Francji i tam odbyły się pierwsze prototypowe przejazdy takich nietypowych pociągów, które raczej bardziej przypominały zagubione autobusy, niemogące znaleźć swojej drogi i jadące po stalowych szynach. Plusów było wiele, a przynajmniej tak twierdzili Francuzi jeszcze w latach trzydziestych. Pociąg na oponach miał się mniej ślizgać, być bardziej przyczepny i skuteczniej hamować oraz przyspieszać. Miała zwiększyć się ekonomia jazdy. Do tego nie niszczyły się tak podkłady, bo stalowe opony trące o stalowe szyny działały na nie o wiele gorzej. No i udało się osiągnąć to, co zakładano – opony znacząco poprawiły wygodę jazdy pociągiem; na tyle, że już po chwili pierwsze z nich przemierzały kanał La Manche.

Dlaczego, skoro było tak dobrze, okazało się, że jest tak źle?

Czekaliśmy na historyczną wpadkę, a zaczęło się dobrze i jeszcze na początku lat trzydziestych wydawało się, że to może być przyszłość podróżowania pociągami. Jednak w miarę rozwoju tej technologii okazało się, że opony są niezwykle podatne na uszkodzenia, więc trzeba ich było wozić ze sobą bardzo wiele, a do tego kłopotliwe było ich ciągłe zmienianie. Oczywiście pociąg był wyposażony w klasyczne koła, tyle że pokryte gumą, co jednak nie zmieniało faktu, że zaraz i tak którymś z kół zaczynał jechać stalą po stali. W efekcie po II wojnie światowej już do pomysłu nie wracano, choć w roku 1932 sprzedano technologię do Stanów, przez co i tam pojawiły się dziwne, z naszego punktu widzenia, hybrydy autobusów i pociągów.